Tłumaczenie Lokomotywy czeski

Jeżeli mieliście okazję przeczytać tłumaczenie wiersza J. Tuwima pt. „Lokomotywa” na język czeski, to teraz zachęcamy do przeczytania wywiadu z tłumaczem – profesorem Jackiem Baluchem.

Prof. Jacek Baluch – literaturoznawca, slawista, tłumacz literatury czeskiej, w latach 1990 – 1995 ambasador RP w Pradze, dyrektor studiów slawistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i twórca studiów bohemistycznych w Opolu.

– Dlaczego jednak ekscelencja ambasador zdecydował się na Lokomotywę?
– Bo rzadko się zdarza w światowej literaturze, by znakomity, uznany poeta pisywał tak wspaniałe wiersze dla dzieci – mówi profesor. – Pamiętam, kiedyś w czasie przyjęcia po cieszyńskim festiwalu „Kino na granicy” powiedziałem do Jirzego Menzla, że Polacy mają do jego Pociągów pod specjalnym nadzorem stosunek szczególny, bo kochają lokomotywy. I pewny reakcji obecnych zacząłem deklamować Stoi na stacji lokomotywa, a cała sala natychmiast podchwyciła:… ciężka, ogromna i pot z niej spływa… Z inicjatywą wydania Lokomotywy w języku potomków praojca Czecha zwróciło się do mnie wydawnictwo „Universitas”. Jego dyrektor Andrzej Nowakowski słyszał na Targach Książki we Frankfurcie powszechne zachwyty nad Lokomotywą – wierszem, jak powszechnie tam sądzono, niemieckim. Tak znakomite było tłumaczenie.

– To chyba piekielnie trudna robota przekładać tego typu wiersze – rytmiczne aż do bólu. Dźwiękonaśladowcze, reprezentatywne dla melodii polskiego języka. Jak przetłumaczyć: Nagle gwizd, nagle świst, para buch, koła w ruch…?

– No to jeszcze nie było najtrudniejsze, bo przypomniał mi się stary i trochę brzydki, przepraszam, czeski dowcip: Ktoś się wychyla z pociągu na peronie i woła: – Hotovo! Na co urażony w kompetencje konduktor prostuje: – Hovno hotovo, já jsem od toho! I wyszło: Náhle svist! Náhle hvizd! Do to-ho… Hotovo!

– Okrzykiem „Do-to-ho” dopingują Czesi swoich na boisku czy bieżni.

– Na szczęście, bo mi się okrutnie przydało.

– „Buch” i „ruch” już pan zjadł. Banany – cały wagon – też.

– Ha, nie wszystko da się zmieścić w naprawdę trudnym rytmie i rymie. W moim tłumaczeniu nie ma bananów, nie ma słonia, żyrafy, ale jest za to znacznie większy niż w oryginale niedźwiedź (v devátém medvěd – metráky sádla!). Kufry, szafy i skrzynie zastąpił stojak na bagaże. No bo skříň to po czesku szafa. Atletów też było u Tuwima więcej niż u mnie:

I choćby przyszło tysiąc atletów

I każdy zjadłby tysiąc kotletów

I każdy nie wiem jak się wytężał

To nie udźwigną. Taki to ciężar!

Te kotlety kosztowały mnie sporo zdrowia, bo się nijak w dopełniaczu liczby mnogiej nie chciały rymować.

Może trzeba było zastąpić knedliczkami?

– Lepsze były serdelki, czyli buřty. Liczbę atletów można było zmniejszyć do trzystu, poecie używającemu liczby „tysiąc” chodziło przecież tylko o demonstrację siły. Ze starego wiersza czeskich anarchistów o uniesionych w geście protestu ramionach wziąłem trzysta ramion (paži) podnoszących naszą lokomotywę:

I kdyby tři sta vzpěračů vstalo

a tři sta paží vzhůru se vzpjalo,

a každej zbaštil by buřtů tři sta,

lokomotivou nepohnou z místa.

Nawiasem mówiąc takich maleńkich słownych zapożyczeń, a właściwie inspiracji z czeskich piosenek biesiadnych – a nawet z tłumaczonej na czeski starej, amerykańskiej ballady jest w moim przekładzie więcej. No, ale przekład ma być przecież zgodny i z duchem języka, i z duchem narodu. I tak się ano tuwimowski wiersz szczeszczył.

To dlatego czeska lokomotywa w książeczce dla dzieci ciągnie cały wagon z piwem?

– Dlatego. Piwo to tutaj napój narodowy, dzieci przynoszą je w dzbankach tatusiom z gospody. Gdyby Tuwim pisał ten wiersz po czesku, ręczę, że o piwie by nie zapomniał. Zwłaszcza w trzecim wagonie, w którym:

… sami špekouni sedí,

sedí a tlusté špekáčky jedí.

Špekáčky, czyli rodzaj ulubionych kiełbas musi się jeść z piwem, inaczej czeskie dziecko natychmiast wyczuje fałsz. A ta armata – och, jaka wielka, to w moim tłumaczeniu těžká barbora – jak Czesi nazywają Grubą Bertę. Tego sobie nie daruję, choćby dlatego, że mam córkę Basię. I jeszcze jedno, bardzo ważne: ilustracje. Sięgneliśmy po stare, piękne ilustracje Jana Marcina Szancera i za zgodą spadkobierców dokonaliśmy niezbędnych korekt.

–   I poszło?

–   Od końca. Najtrudniejsze wydało mi się osiem ostatnich wierszy i kiedy napisałem, że:

Na písty tlačí a tlačí tak tlak,

tlakem té páry se pohání vlak,

kola se točí a rachotí to:

Do toho, do toho, do toho, do!…

wiedziałem już, że mogę podpisać umowę z wydawnictwem. Pozostała obawa, czy Lokomotywa w nowym tłumaczeniu (bo już raz przełożył ją Czech Jan Pilarz) spodoba się i czeskim dětem, i maminkám, tatínkům czy babičkám.

(wywiad za: L. Mazan „Polska Praga czyli dlaczego Matejko lubił knedle“, wyd. Anabasis)